Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 323 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O mnie

Sylwia Kubryńska - pisarka, autorka Last Minute, pierwszej polskiej powieści o seks turystyce. Laureatka nagród za opowiadania: Najlepszy Kochanek na Świecie, Tragedia Posejdona i wyróżnienia za Najlepszy Blog na Świecie*.

O moim bloogu

Trzecia połowa kobiety, czyli baby są jakieś... lepsze:)

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 410127

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Facet

Kategorie

Kalkulator kalorii

niedziela, 20 maja 2012 17:55

Jak schudnąć, gdy wiosenne słońce nakazuje zdjąć puchówkę, a w letniej garderobie się jakoś nie mieścimy?

 

Wiosna. Wraz z prymulkami rośnie zainteresowanie posiadaniem szczupłej sylwetki. No, przynajmniej jej stałej formy. Zebranej do kupy, niepłynnej. A, co najważniejsze: mieszczącej się w dostępnej na rynku odzieży. Ja wiem, że po mroku wiecznej zimy i – ze słusznością arktycznego morsa – półrocznego obrastania w tłuszcz, powyższe założenia wydają się wydumanym farmazonem. Rozumiem to całkowicie, bo ostatnie, o czym myśli człowiek wychodzący z rozpiętej pomiędzy listopadem a marcem ponurej czeluści, to fatałaszki.

 

Pamięć ludzka jest jednak najbardziej nieodpowiedzialną pamięcią wśród żyjących na Ziemi gatunków. Żadne zwierzę tak prędko nie zapomina o przykrościach wywołanych dojmującym chłodem. Już pierwsze promienie słoneczne wprawiają nas w otępienie i zgubnie radosną mobilizację, by oddać/wyrzucić/spalić* (*niepotrzebne skreślić) zimową garderobę. Chwilę potem panicznie biegamy w negliżu przed opustoszałą szafą w poszukiwaniu… czegokolwiek, w co się zmieścimy.

 

Według wskaźnika BMI, nie powinniśmy ważyć tyle samo, co arktyczna foka. Aby to osiągnąć, należy pamiętać, że dzienne zapotrzebowanie dorosłej kobiety w kalorie nie przekracza dwóch tysięcy. Proszę mi wierzyć, ten fakt potrafi zdumiewać.

 

No, może nie tak od razu, może nie w tym momencie, gdy kombinując w jaki sposób przywołać wspomnienie talii, zaglądamy na schudnij.pl. Nie, nie. Wtedy jeszcze nam się wydaje, że dwa tysiące kalorii jest liczbą zawrotną. Mina nam rzędnie po pierwszym posiłku, a raczej pierwszym przeliczeniu wartości spożytego jedzenia na potencjał wroga, w jaki wspomniane, a wraz z mijającym wspomnieniem – coraz smaczniejsze jedzenie się zmienia. Bo trzeba przyznać, że nic tak nie zaostrza apetytu jak dieta.

 

Wracając do naszego kalkulatora WCHŁANIANYCH KALORII. W powyższym akapicie założyłam brawurowo, że przeliczamy śniadanie i po przeliczeniu śniadania mina nam rzędnie. Ściśle: jesteśmy smutni, głodni, ale, uwaga – sprytniejsi od wroga.

 

Utopia. Rzecz nierealna. Absurd i nonsens. Nie ma takiej istoty na Ziemi (o zdrowych zmysłach), która by zawracała sobie głowę po śniadaniu jakąś kłopotliwą tabelą. Po śniadaniu robi się wiele ciekawych rzeczy, takich jak na przykład: kawa. A do kawy, umówmy się, trzeba zjeść ciastko. Nikt tu nie jest z kamienia. A już na pewno kamienia nie przypomina (patrz pierwszy akapit).

 

Dobra, obiad. Na obiad, jak tradycja każe, trzeba suto pojeść. Jemy więc suto, a w głowie zaczyna majaczyć nieśmiała obietnica rychłego podliczenia wchłoniętych kalorii. Jesteśmy jednak w świetnej formie, bo jak świat światem, dwa tysiące to całkiem przyzwoita wartość, niezależnie od nominału. Spokojnie idziemy więc na lody/gofra/piwo* (*nic nie skreślać!), po czym przystępujemy do ceremonii wieczerzy. Po „Pamiętnikach z Wakacji” przypominamy sobie, że jesteśmy na diecie i siadamy wreszcie do kalkulatora kalorii. I wtedy okazuje się niestety, że swoje zapotrzebowanie przekroczyliśmy gdzieś około „Teleranka”, czyli dwadzieścia lat temu.

 

Panikę odradzam. Stanowczo sprzeciwiam się także wyrzutom sumienia. I składaniu czczych obietnic, że niby jutro będzie lepiej. Działać trzeba zdecydowanie i rozsądnie. Matematyka nas zgubiła, matematyka nas odnajdzie. Potrzebny jest kalkulator. Tym razem kalkulator SPALANIA KALORII. Wszystko, co robimy, kosztuje energię. Logiczne. Energię dostarczamy wraz z jedzeniem. Proste. Jedzenie, którego tak strasznie za dużo zjedliśmy, musimy po prostu spalić. Jak? Możliwości jest wiele. Wchodzimy na wspomniany portal i sprawdzamy, jaka czynność zużywa najwięcej kalorii. O, proszę: sprint. Godzina sprintu to ponad tysiąc kalorii! Świetnie! Problem w tym, że ostatnie na co mamy ochotę, to bieganie po osiedlu z językiem na brodzie.

 

Tenis. Półtorej godziny i nadwyżka z głowy. Dobre sobie. Jest godzina dwudziesta druga, w domu ani śladu rakiety, w życiu nie graliśmy w tenisa. Patrzymy dalej.

 

Gra w piłkę nożną. Mamy już lekkie poczucie absurdu, oczy nam się kleją i z ciekawości sprawdzamy, ile kosztuję sen. Otóż, proszę państwa, nasz organizm podczas dziesięciu godzin snu spala dokładnie tyle samo kalorii, ile przez godzinę biegania po boisku. Okrągły tysiąc.

 

Nic nie będę sugerować. Argumenty są jednak twarde. Jak z kamienia.

 

Magazyn BE nr 1/2012

 

 

 


Podziel się
oceń
18
1

komentarze (28) | dodaj komentarz

Baba za kierownicą?

sobota, 14 stycznia 2012 22:42

Jeśli na horyzoncie majaczy cień motorynki – ona nie ruszy z miejsca. Nie ma szans. Poczeka, aż wszyscy zmotoryzowani... umrą.

 

Dzwoni budzik, ja śpię. I tak do wpół do ósmej,  gdy nagle zrywam się w panice, bo właściwie już jestem spóźniona. Lecę więc na złamanie karku, odpalam samochód i… z poprzecznej uliczki wyjeżdża Toyota Yaris.

 

I tu następuje koniec mojej jazdy. Bo to, że wbiła się przede mną wymuszając pierwszeństwo, jest zaledwie preludium w jej wirtuozerii wkurzania. Zdławiona brutalnie prędkość mojego auta jest dla niej żelaznym argumentem, by wszystkie manewry na drodze wykonywać w tempie ślimaczym.

 

Siedzę jej na bagażniku. Czemu nie jedziesz, spieszę się, helooł!  - wołam retorycznie. Ona milczy, toczy się, ja za nią. Chcę trąbić, trąbka nie działa, chcę zabić, to też nie działa, światłami migam... Ona nic. Piętnaście na godzinę. Na dwójeczce. Wrrr..., silnik się dławi, dławi się ta jej dwójeczka, że słyszę ją w swoim przyhamowanym do czerwoności aucie.  Wrrr...

 

I, kurde, ŚRODECZKIEM jedzie, żeby jej, broń Boże, nie wyprzedzić!

 

Kwadrans po ósmej, pokonałyśmy kilometr. Dojeżdżamy z podporządkowanej do szosy i tutaj następuję moment, w którym zaczynam rozumieć motywy wszystkich zbrodni tego świata. Proszę Państwa, jeśli na oddalonym dwadzieścia kilometrów horyzoncie majaczy cień motorynki – Toyota Yaris nie ruszy z miejsca. Nie ma szans. Ona czeka. Czeka, aż wszyscy zmotoryzowani umrą.

 

Mój samochód skacze jak rozwścieczony amstaff, ja płonę, krzyczę: jedź, jedź!, ona stoi. Myślę: wyskoczę, dopadnę! Myślę: wpół do dziewiątej, wyrzucą mnie z pracy, zamkną w więzieniu, aresztują, skażą. Myślę: błagam, zrozum, mam dzieci, rodzinę, przyszłość mam jakąś, nie zabieraj mi przyszłości, zlituj się, rusz z tego miejsca, nie mogę już, nie wytrzymam...

 

Zabiję!!!

 

Cały zapas magnezu szlag trafił. Ciągnę się za Toyotą, płaczę. Modlę się, by zechciała gdzieś skręcić, zniknąć. Nie znika. Popadam więc w stupor, rezygnuję, już mi wszystko jedno. Nie ma sensu walczyć, nic nie ma sensu. Przecież to jasne, że i tak nigdy nie dojadę do pracy.

 

Nie w tej wieczności.

 

Mija więc ta wieczność, ląduję w końcu pod firmą, przede mną ląduje Toyota Yaris. Trudno właściwie określić, czy ląduje, zdaje się, że jej stan w ogóle nie ulega zmianie, jak stała tak stoi. Patrzę z umiarkowaną furią, cóż za to za blond pióropusz wysiądzie z auta? Jakaż to niewiasta zadała mojemu feminizmowi taki cios? Któraż powinna leżeć w Sèvres pod Paryżem jako wzór baby za kierownicą?

 

Metr dziewięćdziesiąt, w karku niewiele mniej. Komórka przy uchu, wzrok zgaszony, lecz groźny. Tak, proszę Państwa.

 

Ta kobieta to facet.


Podziel się
oceń
21
2

komentarze (31) | dodaj komentarz

Najlepszy sylwester na świecie

wtorek, 27 grudnia 2011 10:13

Nowy Rok napiera jak apokalipsa. A my tu ciułamy, my się wahamy, liczymy grosze? Helloł!

 

Nikt cię nie zaprosił na sylwestra, a w portfelu przeciąg? Bez obaw, świat stoi przed tobą otworem, świat jest w zasięgu ręki. I już tłumaczę, jak go zdobyć.

 

Siadam przed komputerem i szukam najświetniejszej gali sylwestrowej. Wrzucam w Google „sylwester 2011”. Paryż? Czemu nie? Klikam Paryż, wyskakuje: „tanio”. Tanio mnie nie interesuje. Ja chcę się bawić na poziomie. O, hotel cztery gwiazdki, pięć... niech będzie. Pola Elizejskie? Klikam. Pakiet Spa? Klikam. Room servis? Klikam. Wypas na maksa? Klikam.


Dobra, rezerwacja w toku, ja tymczasem muszę się rozejrzeć za jakimś transportem. Nie pojadę przecież do Paryża pekaesem! Wrzucam: Paryż loty. Wyskakuje Wizzair za 57 ziko. Co mi jakiś Wizzair? Ja lecę na sylwestra, na galę swojego życia, nie buraki pielić. Klikam Airfrance. Przy oknie. Z przodu. Ubezpieczenie? Dawać ubezpieczenie. Dodatkowy bagaż? Goła nie polecę. Kolorowe drinki? Głupie pytanie. Klik, klik, klik.


Kiecka. Buty. No i jakiś diadem, perły, brylanty. Armani, nie armani, koszty nie grają roli. Klikam jak leci: do koszyka, do koszyka. Jestem w burżuazyjnym kosmosie, w galaktyce arystokracji. Lecę przez przestworza blichtru na czerwonym dywanie ku niebu luksusu, by nagle gwałtownie zahamować przed ostatnią, ostateczną ikonką KUPUJ.


Podliczmy, ile mnie wyniesie ten paryski splendor? Hotel, gala, samolot... kiecka, buty... Jeszcze jakieś żarcie po drodze, jeszcze jakiś kaprys w Duty Free... Hm, dziesięć tysięcy euro...


Dziesięć tysięcy euro?! Czterdzieści pięć tysięcy złotych? W jedną noc?!

 

To nie jest, proszę Państwa, moment na wahanie. To nie jest czas na dywagacje. Nadchodzi Nowy Rok. Ba! Nowy Rok pruje z prędkością kosmiczną niczym kometa Halleya. Nowy Rok napiera jak apokalipsa. A my tu ciułamy, my się wahamy, liczymy grosze? Helloł!


Klikamy. Klikamy i to szybko:

Dziesięć... dziewięć... osiem... siedem.... cztery... trzy... dwa... jeden...


ANULUJ.


Happy New Year! Happy New Year! Zaoszczędziliśmy właśnie dziesięć tysięcy euro! Czterdzieści pięć tysięcy złotych do przodu! Paryż? Jaki Paryż? Taka kasa w jedną noc? To jest, drodzy Państwo, Las Vegas. To jest rozbicie kasyna. To jest skok na bank!

 

Teraz już, spokojni i bogatsi o blisko pół bańki, spokojnie możemy stanąć u wrót Nowego Roku. Szczęśliwego Nowego Roku.


PS. Przez wrodzoną skromność wybrałam ten parchaty Paryż. Wam polecam sylwester z gruber rury. Na bogato. Sidney, Moskwa. Nowy Jork. Nie bądźcie frajerami.


Podziel się
oceń
14
1

komentarze (39) | dodaj komentarz

Idą święta...

sobota, 24 grudnia 2011 0:03

Popłakałam się, bo na podłodze w łazience leżą od kilku godzin, zawinięte w folię, trzy karpie. Żywe


Mam kota. I to się fatalnie składa, bo ja nienawidzę kotów. Na widok tego zarośniętego ścierwa staje mi w gardle kłębiasta kula włosów. Zabiłabym bez namysłu, gdybym nie była taka wrażliwa, gdyby mnie nie wychowali na takiego mięczaka, co nikomu krzywdy nie zrobi. No i gdybym umiała takiego kota złapać.


Bo kota się nie da złapać. Spieprza jak wiewiórka. I tak samo jak wiewiórka jest durny. Patrzy tymi swoimi głupimi oczami z daleka czekając na to, co go jedyne na świecie obchodzi. Na puszkę z żarciem. Dźwięk otwierania puszki wywołuje go z każdego niebytu, nawet jeśli ma urwaną łapę, ogon, nawet jak jest uśpiony po kastracji, nawet gdy go nie ma, to i tak jest i pojawia się jak duch, popieprzony sierściuch.

 

Przyłazi zdziwiony, że to tylko pomidory krojone z Biedronki. Albo fasolka czerwona. Głupi kot. Nienawidzę kotów.


Od lat patrzę na swojego kota z nadzieją, że dziś właśnie będzie ten cudowny dzień, kiedy to paskudztwo nie wróci z nocnego spaceru. Niestety. Wraca. Wraca i zjada moją wigilijną kolację. Włazi na blat i ciamka. Zostawia ślady swoich odrażających łap na desce do krojenia. Śpi w moim łóżku! Na białym prześcieradle zostawia piach, błoto, wszelki brud jemu tylko znany.


Jezu, jaki on jest głupi! Kiedy odkurzam, odwraca głowę, że niby nie widzi! Że go niby nie ma! Albo, może, że tego odkurzacza nie ma? Co on sobie myśli ten skończony kretyn? Myśli w ogóle? W głowie ma tylko puszkę, wizję puszki, niech będzie z pomidorami, co tam, puszka zamiast czaszki, zamiast mózgu: fasolka.


Mogłabym zabić, czemu nie? Zdjęłabym futro, zrobiłabym kołnierz. Oczy szklane. Tak samo puste jak te, co z daleka, wiewiórcze, gapią się na puszkę. Łapki plastikowe na zapinkę… nigdy by mi już nie zostawiły śladu na mojej pościeli. Oraz blacie.


Zamordowałabym. Udusiła. Albo nie… Zastrzeliła. Mam w domu taki mały pistolet na gaz. Zadziała? Jak nie zadziała, to utopię. Otruję! Do puszki wsypię truciznę jakąś, skąd u diabła truciznę wziąć na koty?


Może go kapciem, jak pająka, załatwię?


Może go przestraszę, że zawału dostanie?


Może go w depresję wpędzę, że się sam zabije?


Ja właściwie nie o tym chciałam pisać. Chciałam napisać, że popłakałam się dziś strasznie, bo w mojej pracy na podłodze w łazience, leżą trzy karpie. Trzy karpie zawinięte w foliową torbę szamoczą się w beznadziejnym starciu z nadchodzącą pomału, pomału, cholernie powoli nadchodzącą śmiercią. Śmiercią poprzedzoną wielogodzinnym transportem, w ścisku, jeden przy drugim. Są zabijane powoli, powoli szarpane, duszone, w siatkę foliową zawijane szamoczą się na podłodze w łazience, w siatce z napisem "Asia, 2 kg, dwanaście pięćdziesiąt/kg". To na wigilię dla Asi, dla całej masy Aś na wigilię jest w całej masie siatek cała masa szamoczących się, na wpół uduszonych karpi.

 


Podziel się
oceń
14
1

komentarze (17) | dodaj komentarz

Facet Idealny

poniedziałek, 05 grudnia 2011 10:17

Nieznajomy w podróży taszczy bagaże. Ale niezbyt ochoczo, bo wyjdzie, że złodziej.

 

Facet Idealny polega na tym, że nie istnieje. Ale jeśli już istnieje, to:


Po pierwsze jest przystojny. Ale nie za bardzo, żeby się baby nie oglądały. Po drugie starannie ogolony. Z dwudniowym zarostem.


Kolejna sprawa: oczy. To ważne. Oczy muszą być jasne, przejrzyste, uczciwe, najlepiej czarne. Włosy? Długie gęste kręcone, dokładnie przystrzyżone. Blond o zdecydowanej kasztanowej barwie, z lekką łysiną. 


Niezbyt wysoki, dwa metry. Szczupły, wysportowany, z brzuchem. Totalny luzak w garniturze. Wydepilowany niczym małpa. W łóżku delikatny jak bestia. Wrażliwiec, poeta. Umięśniony jak Schwarzenegger.


Szarmancki. Nieznajomy w podróży  powinien taszczyć bagaże. Ale niezbyt ochoczo, bo wyjdzie, że złodziej. Powinien się serdecznie uśmiechać, półgębkiem, najlepiej wcale. Sprawiać wrażenie miłego, stonowanego, odpowiedzialnego wariata.


Świetnie, gdyby był lekarzem. Artystą. Księgowym. Kierowcą rajdowym.


Żeby miał psa. To znaczy kota. Świnkę morską. Rybki. Żadnych zwierząt!


Co jeszcze?


Musi być inteligentny. Tylko żeby się nie mądrzył! Miły. Ale nie jakiś milutki. Dowcipny, ale nie wesołek. Taki trochę zadziorny, zawadiacki. Hm, typ spod ciemnej gwiazdy... Ale z kryształową przeszłością!


Chodzi o to, żeby nas po rękach całował, w drzwiach przepuszczał i rachunki płacił. I nie puszył się tym męskim szowinizmem, z cmokaniem w dłoń nie wyskakiwał. I niech pamięta, że jesteśmy niezależne, w końcu stać nas, u diabła, na zapłacenie rachunku!


O, żeby mówił komplementy. Tylko, niech nie przesadza. Właściwie, lepiej niech się w ogóle nie odzywa.


Ma być wierny. I zazdrosny jak talib. Niech się jednak nie wtrąca w nasze sprawy, bo i tak ich nie zrozumie. Choć, oczywiście, jest cudownie wyrozumiały.


Podsumowując, Facet Idealny to piekielny macho, sto procent mężczyzny, chodzący testosteron. Świetnie gotuje, robi zakupy, zajmuje się dziećmi. Ba! On karmi je piersią.

 


Podziel się
oceń
17
1

komentarze (40) | dodaj komentarz

poniedziałek, 20 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  410 127