Bloog Wirtualna Polska
Są 1 264 294 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Sylwia Kubryńska - pisarka, autorka Last Minute, pierwszej polskiej powieści o seks turystyce. Laureatka nagród za opowiadania: Najlepszy Kochanek na Świecie, Tragedia Posejdona i wyróżnienia za Najlepszy Blog na Świecie*.

O moim bloogu

Trzecia połowa kobiety, czyli baby są jakieś... lepsze:)

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 400044

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl

Kategorie

Gdy waga okoniem staje

niedziela, 27 maja 2012 15:34

Aerobic? Jogging? Step? Daj spokój. Bierz wędkę i idź na ryby.

nie wiem jak Wy...

 Pamiętacie film z Tomem Hanksem, pt. „Cast Away”? Pozornie aktywny facet z brzuszkiem ląduje na wyspie bezludnej. Nie umie złowić tuńczyka, nie wie jak wzniecić ogień. Najprostsze dla każdego niepiśmiennego dziecka z plemienia Mohave czynności, zajmują mu tydzień. W desperacji pożera więc surowe kraby i lata nieporadnie z oszczepem w pogoni za rybą. Mija rok. Na naszym Robinsonie nie ma śladu po brzuszku, a sflaczałe ramiona zastępuje mu rzeźba imponujących bicepsów. A przecież na wyspie nie było siłowni.

...ale ja widzę podobieństwo

Dlaczego o tym piszę? Szukałam sposobu na fitness. I zdaje się, że go znalazłam. Otóż nie będę polecać żadnego joggingu. Żadnego znoju na sali. Pilates i spinning to przeszłość. Step to głupota. Rower? Szkoda czasu. Chyba że jako środek transportu. Poza tym – żadnego marnowania energii, spalania kalorii bez sensu. Żeby schudnąć, wystarczy po prostu nie kupować gotowych produktów żywnościowych. Samemu je zrobić. A najlepiej – upolować.

 

Kilka dni temu kupiłam rybę. Taką z połowu, z jeziora. Kawał okonia, z flakami i głową. Razem dwa kilo żywego mięsa. Do obróbki kulinarnej w wykonaniu własnym. Jak na obozie harcerskim. I prawie jak na bezludnej wyspie. Płacąc rybakowi, pojęcia nie miałam, na co się narażam. Jaką się wykazuję brawurą. Ryba jak ryba. Podobno zdrowa. Przyjdę do domu, obetnę łeb, zeskrobię łuski, usmażę i zjem. Żadna fizyka jądrowa. Chyba każdy głupi wie, jak przygotować okonia?

 

Najpierw z tym łbem – dwa kwadranse walczyłam. Nie dość że toto patrzy, nie dość że się wyślizguje, to jeszcze kaleczy. Okoń kaleczy! Ma łuski ostre jak brzytwa. I te płetwy sztylety! Ręce mam we krwi, a ta bestia nic. Patrzy! Ja ci dam, myślę, ja ci jeszcze pokaże. Biorę nóż, rozcinam. Ale własne palce.

 

Wreszcie, trach, pęka powłoka ze stali, ale nie w karku, przeciwnie, wzdłuż brzucha. A z niego wypada  jakaś plazma z milionem jajeczek różowych, dżisas! Co to ?! Ósmy pasażer Nostromo?! Obcy?!  Ja w krzyk, ryba patrzy. Słabo mi, nie mogę. Coś mi mówi, że właśnie dokonałam aborcji. Pół kuchni wypełnia mi jakiś organizm. Nie wiem, lecę do komputera, guglam, taguję:

 

„Różowe świństwo, ryba, jaja, okoń”

 

Spośród niecenzuralnych odpowiedzi i stron od lat osiemnastu, znajduję wreszcie coś na temat rybich godów i rarytasu o nazwie: „kawior”. A więc moje obawy się potwierdzają. Przez kolejny kwadrans przyglądam się „największemu przysmakowi na świecie” w moim zlewie, po czym zachęcam do współpracy kota i wywalam całe towarzystwo do ogródka.

 

Okoń zostaje. Już nie ma dzieci, nie ma też głowy (ju - hu!). Ale ma łuski. Walka więc trwa. Walka nierówna. Okoń wygrywa, ja nie mam już siły. Znów Google. Piszą, że trudna sprawa. Tyle to ja wiem. O, jest film instruktażowy! Kocham Internet. Ale zaraz, zaraz… nikt łusek z okonia nie skrobie! Ściągają mu skórę! Nic prostszego. Nacinają za skrzelami i ciągną. Trzymając za… łeb.

 

Łeb owszem jest, ale w moim kocie. Guglam dalej. Odpowiedzi są zgodne: „masz przerąbane”. Rozumiem już Hanksa. Tego z początku filmu. Oj tak, dużo nas łączy. A najbardziej: brzuszek.

 

Patrzę na zegarek, mijają godziny. Od dłuższego czasu nic się nie liczy. Ja i moja ryba jesteśmy na bezludnej wyspie. Walczymy ze sobą. Wierzę, że kiedyś zwyciężę. Dam radę. To nic, że przedtem stracę sześć tysięcy kalorii, cały zapas magnezu i dwa litry krwi. Kiedyś ją zjem.

 

Mój okoń ląduje na patelni przed północą. Patrzę bez złości, jak kurczy się w oleju mój wielogodzinny znój. Cztery kilkucentymetrowe dzwonka kpią ze mnie na talerzu. A ja, połknąwszy je bez sytości, zadaję sobie pytanie:

 

- A jak bym musiała go złowić?

 

-------------------------------------------------------------------------------

Magazyn BE nr 2/2012



Podziel się
oceń
34
3

komentarze (27) | dodaj komentarz

Kalkulator kalorii

niedziela, 20 maja 2012 17:55

Jak schudnąć, gdy wiosenne słońce nakazuje zdjąć puchówkę, a w letniej garderobie się jakoś nie mieścimy?

 

Wiosna. Wraz z prymulkami rośnie zainteresowanie posiadaniem szczupłej sylwetki. No, przynajmniej jej stałej formy. Zebranej do kupy, niepłynnej. A, co najważniejsze: mieszczącej się w dostępnej na rynku odzieży. Ja wiem, że po mroku wiecznej zimy i – ze słusznością arktycznego morsa – półrocznego obrastania w tłuszcz, powyższe założenia wydają się wydumanym farmazonem. Rozumiem to całkowicie, bo ostatnie, o czym myśli człowiek wychodzący z rozpiętej pomiędzy listopadem a marcem ponurej czeluści, to fatałaszki.

 

Pamięć ludzka jest jednak najbardziej nieodpowiedzialną pamięcią wśród żyjących na Ziemi gatunków. Żadne zwierzę tak prędko nie zapomina o przykrościach wywołanych dojmującym chłodem. Już pierwsze promienie słoneczne wprawiają nas w otępienie i zgubnie radosną mobilizację, by oddać/wyrzucić/spalić* (*niepotrzebne skreślić) zimową garderobę. Chwilę potem panicznie biegamy w negliżu przed opustoszałą szafą w poszukiwaniu… czegokolwiek, w co się zmieścimy.

 

Według wskaźnika BMI, nie powinniśmy ważyć tyle samo, co arktyczna foka. Aby to osiągnąć, należy pamiętać, że dzienne zapotrzebowanie dorosłej kobiety w kalorie nie przekracza dwóch tysięcy. Proszę mi wierzyć, ten fakt potrafi zdumiewać.

 

No, może nie tak od razu, może nie w tym momencie, gdy kombinując w jaki sposób przywołać wspomnienie talii, zaglądamy na schudnij.pl. Nie, nie. Wtedy jeszcze nam się wydaje, że dwa tysiące kalorii jest liczbą zawrotną. Mina nam rzędnie po pierwszym posiłku, a raczej pierwszym przeliczeniu wartości spożytego jedzenia na potencjał wroga, w jaki wspomniane, a wraz z mijającym wspomnieniem – coraz smaczniejsze jedzenie się zmienia. Bo trzeba przyznać, że nic tak nie zaostrza apetytu jak dieta.

 

Wracając do naszego kalkulatora WCHŁANIANYCH KALORII. W powyższym akapicie założyłam brawurowo, że przeliczamy śniadanie i po przeliczeniu śniadania mina nam rzędnie. Ściśle: jesteśmy smutni, głodni, ale, uwaga – sprytniejsi od wroga.

 

Utopia. Rzecz nierealna. Absurd i nonsens. Nie ma takiej istoty na Ziemi (o zdrowych zmysłach), która by zawracała sobie głowę po śniadaniu jakąś kłopotliwą tabelą. Po śniadaniu robi się wiele ciekawych rzeczy, takich jak na przykład: kawa. A do kawy, umówmy się, trzeba zjeść ciastko. Nikt tu nie jest z kamienia. A już na pewno kamienia nie przypomina (patrz pierwszy akapit).

 

Dobra, obiad. Na obiad, jak tradycja każe, trzeba suto pojeść. Jemy więc suto, a w głowie zaczyna majaczyć nieśmiała obietnica rychłego podliczenia wchłoniętych kalorii. Jesteśmy jednak w świetnej formie, bo jak świat światem, dwa tysiące to całkiem przyzwoita wartość, niezależnie od nominału. Spokojnie idziemy więc na lody/gofra/piwo* (*nic nie skreślać!), po czym przystępujemy do ceremonii wieczerzy. Po „Pamiętnikach z Wakacji” przypominamy sobie, że jesteśmy na diecie i siadamy wreszcie do kalkulatora kalorii. I wtedy okazuje się niestety, że swoje zapotrzebowanie przekroczyliśmy gdzieś około „Teleranka”, czyli dwadzieścia lat temu.

 

Panikę odradzam. Stanowczo sprzeciwiam się także wyrzutom sumienia. I składaniu czczych obietnic, że niby jutro będzie lepiej. Działać trzeba zdecydowanie i rozsądnie. Matematyka nas zgubiła, matematyka nas odnajdzie. Potrzebny jest kalkulator. Tym razem kalkulator SPALANIA KALORII. Wszystko, co robimy, kosztuje energię. Logiczne. Energię dostarczamy wraz z jedzeniem. Proste. Jedzenie, którego tak strasznie za dużo zjedliśmy, musimy po prostu spalić. Jak? Możliwości jest wiele. Wchodzimy na wspomniany portal i sprawdzamy, jaka czynność zużywa najwięcej kalorii. O, proszę: sprint. Godzina sprintu to ponad tysiąc kalorii! Świetnie! Problem w tym, że ostatnie na co mamy ochotę, to bieganie po osiedlu z językiem na brodzie.

 

Tenis. Półtorej godziny i nadwyżka z głowy. Dobre sobie. Jest godzina dwudziesta druga, w domu ani śladu rakiety, w życiu nie graliśmy w tenisa. Patrzymy dalej.

 

Gra w piłkę nożną. Mamy już lekkie poczucie absurdu, oczy nam się kleją i z ciekawości sprawdzamy, ile kosztuję sen. Otóż, proszę państwa, nasz organizm podczas dziesięciu godzin snu spala dokładnie tyle samo kalorii, ile przez godzinę biegania po boisku. Okrągły tysiąc.

 

Nic nie będę sugerować. Argumenty są jednak twarde. Jak z kamienia.

 

Magazyn BE nr 1/2012

 

 

 


Podziel się
oceń
18
1

komentarze (28) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  400 044