Bloog Wirtualna Polska
Są 1 264 294 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Sylwia Kubryńska - pisarka, autorka Last Minute, pierwszej polskiej powieści o seks turystyce. Laureatka nagród za opowiadania: Najlepszy Kochanek na Świecie, Tragedia Posejdona i wyróżnienia za Najlepszy Blog na Świecie*.

O moim bloogu

Trzecia połowa kobiety, czyli baby są jakieś... lepsze:)

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 400052

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl

Kategorie

W poszukiwaniu Idealnego Faceta

poniedziałek, 11 lutego 2013 11:58

Gotuje obiady, wynosi śmieci, wyprowadza psa i śpi na jego miejscu. To Cichy I Pomocny Adorator. W skrócie C.I.P.A.

 

Kto może okazać się idealnym facetem? Jak go rozpoznać? Którego wybrać? W kim się zakochać? Dla kogo porzucić rozsądek i cnotę? Są różni faceci, a wybór, jak zwykle, należy do nas, kobiet. Zanim go jednak dokonamy, przyjrzyjmy się, jaki mamy wybór?

 

Maczo. Zabójczy brunet, którego znamy ze studiów i przez lata wzdychamy do jego wspomnienia. Spotkany przypadkowo na zakupach w Biedronce, przy parówkach z kurcząt nieporadnie grzebie przerzedzone włosy. W zapuchniętych jego oczach szukamy odpowiedzi, co nas w nim kiedyś tak strasznie fascynowało i po jaką cholerę wystawałyśmy godzinami pod jego wydziałem? Ze smutkiem żegnamy młodzieńczą miłość, konkludując jednocześnie, że my, choć po kilku ciążach, mamy znacznie bardziej płaski brzuch, niż on.

 

Amator siłowni. Prężny jak Atlas, na pierwszy rzut oka, ciacho. Nie zna jednak Vermeera, myśli, że Almodovar to tropikalny owoc, Po wypowiedzianych trzech drewnianych zdaniach, w pięć minut brzydnie. Bicepsy jakimś cudem opadają, nie mówiąc o innych członkach. Dajemy nogę, nie chcąc już wcale sprawdzać, jak tam u niego ze sprawnością.

 

Kolega. Coś potwornego. Rozkochuje nas w sobie, czarując opowieściami o niszowych filmach i flamandzkim malarstwie. Przepadamy na amen, a on podsyła nam zdjęcia fatałaszków z pytaniem o opinię. Gdy już piejemy z radości w przekonaniu że nas romans kwitnie, on kupuje fatałaszki żonie i dobija nas historią o dzieciach. Do tego dorzuca przeraźliwie szczerą uwagę, jak bardzo nas szanuje i jak się cieszy, że ma wreszcie z kim pogadać. Jakby nie patrzeć, jesteśmy skazane na katorgę. Sytuacja patowa.

 

Artysta. Z marmurową miną, w dekadenckim lokalu, patrzy godzinami w naszym kierunku, a w zapadłym wzroku czytamy obietnice piekła. Po siedmiu absyntach podchodzi do nas chwiejnie i zblazowanym głosem proponuje „wypad z tej beznadziejnej nory”. Oczywiście zgadzamy się na wszystko, cudem uchodząc z życiem po nocnej eskapadzie na balustradzie wiaduktu. Nazajutrz, sponiewierane, bez skutku czekamy na telefon, na mail, na cokolwiek, a w „beznadziejnej norze” znajdujemy wczorajszą namiętność w ramionach rudej blerwy.

 

Cycuś - Glancuś. Na randkę przyjeżdża nowiutkim mercedesem, robi wrażenie na koleżankach. Nam się roi, że będzie super. Ale nie jest. Facet najpierw wszczyna aferę w restauracji, bo według jego widzimisię, na szklance od wina jest paproch. Potem znika w łazience i przez godzinę poprawia krawat. Gdy wreszcie lądujemy na jego nieskazitelnej kanapie, ten nagle się zrywa i biegnie do garażu pucować samochód. Masakra.

 

Cichy I Pomocny Adorator, w skrócie C.I.P.A. Gotuje obiady, wynosi śmieci, wyprowadza psa i śpi na jego miejscu.Wiecznie przepraszający, do obrzydzenia usłużny typ, którego gruczoły zapomniały o wytwarzaniu testosteronu.Świat nie ma pojęcia, jak brzmi jego głos, bo wciąż jest w stanie jęku. My z kolei nie wiemy, jak mamy na imię, bo słyszymy tylko jego przesadne zdrobnienia. W sumie nie ma się co dziwić, że do łóżka wolimy zabrać wspomnianego psa...

 

Młodzieniaszek. Trafia się nam wreszcie przystojniak. Wieczny student zachowany jak mumia, chłopiec z plecakiem po czterdziestce, który swój dowcip szlifuje na internetowych forach i chodzi w koszulkach  Star Wars. Zabiera nas do pub-u, bez przerwy gada o grach komputerowych, wreszcie znika z hostessą, nie płacąc rachunku.

 

Mądrala. Najpierw mu ulegamy, bo nam się zdaje, że trafiłyśmy profesjonalistę. Na wszystkim się zna i wie wszystko lepiej. Otoczenie przy nim blednie, niestety, w jego pojęciu. Gdy nam wysiada telewizor, rozkręca go na śrubki i zostawia na środku salonu, by potajemnie dzwonić po majstra. Majster się zjawia, wymienia baterie w pilocie, a nasz Mądrala peroruje, że lepsze są alkaliczne. Zwykle niewysoki, z nadwagą, dźwiga brzuszysko, ciągnie kapcie, garbi się i nie goli. Parska jednak na widok trzech siwych włosów Tomasza Kamela, a każdy zadbany facet, według niego, to „pedał”.  Dodajmy jeszcze, że jego ulubiony temat to polityka. Wystarczy?

 

Plotkarz. Cecha charakterystyczna – gaduła. O ile jest inteligentny, początkowo sprawy mają się nieźle. Bawi nas rozmową, dowcipkuje, sypie anegdotami. Jest fajnie. Wypijamy więc kilka wódek, świetnie się bawimy, w końcu – raz kozie! – ulegamy tej paplaninie i przeżywamy całkiem zabawny wieczór. Rankiem pół miasta rozprawia o naszych pończochach.

 

Facet Idealny. Spotykamy go wreszcie. Jest idealny. Mądry, przystojny. Roztacza czar, morduje urodą, przynosi kwiaty, sypie dowcipami, komplementy nie cichną w jego namiętnych ustach. Latamy z nim w kosmiczne przestworza, aż wreszcie przychodzi ten straszny wieczór, gdy z zagubioną miną wyznaje, że nic z tego. Że za dużo wypił. Że ma stres w pracy. Że już lata nie te. Że nadciśnienie.

Cholesterol. 

 

(tekst, jak inne moje teksty znajdziecie w BeMagazyn)

 


Podziel się
oceń
128
10

komentarze (70) | dodaj komentarz

Mężczyźni są z Marsa, a kobiety są z gruntu. Złe

środa, 12 grudnia 2012 12:34

Żadnemu facetowi nie przeszkadza podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?

 

Szanowne Panie, dosyć tego feminizmu. Dosyć krytykowania mężczyzn. Żarty z anonsów panów na portalach erotycznych? Żarty z  impotencji? Żarty z otłuszczonych torsów plażowiczów? Żarty z dominacji? Z szowinizmu? Z żądzy władzy? Z przekonania o swojej wyjątkowości, z bycia pępkiem świata? Z braku samokrytycyzmu? Basta.

Jeśli z całkiem przyjemnych kobietek nie chcecie zmienić się w brzydkie, tłuste feministki, jeżeli nie chcecie, by żaden facet was nigdy nie zechciał, bo przecież jesteście brzydkimi i tłustymi feministkami - przyjmijcie do wiadomości pewną prawdę.


A prawda jest taka, że:

  1. Mężczyźni, owszem, są z Marsa, ale kobiety są z Ziemi, a nawet z gruntu. Złe.
  2. Jeśli jednak kobieta będzie miła – facet, owszem, zabierze ją na orbitę, żeby sobie zobaczyła gwiazdy. A potem może nawet kupi jej mikser.
  3. Kobieta z racji punktu powyższego MUSI być miła, bo jak nie jest miła to normalnie,  sorry. Znaczy, że lesba.
  4. Jak świat światem żadnemu facetowi NIE PRZESZKADZA podniesiona deska klozetowa, więc o co robić raban?
  5. Faceci są ogólnie rozkoszni. Jak dzieci. Dlatego pozostają tacy (jak dzieci) do końca życia. Nie muszą odnosić po sobie talerza, wycierać butów ani składać skarpetek. A ti ti...
  6. Żaden mężczyzna nie ma brzucha. Ani tym bardziej, cycków. Dlatego może sobie chodzić z gołym torsem po mieście, podczas gdy, umówmy się, kobieta powinna się jednak zakryć. (Jeśli mężczyzna ma ochotę popatrzeć na gołą babę, to se ją wygugla.)
  7. Faceci mają rację. Tak jest świat ułożony. Jeśli jednak jej nie mają, nie należy się z tym specjalnie wychylać, bo przecież każdy głupi wie, że facet musi być chwalony. To chyba ma rację, co?
  8. Każdy mężczyzna, bez wyjątku, jest świetnym kierowcą. Jeśli więc siedzi obok ciebie, gdy prowadzisz, przyjmuj pokornie wszystkie: "zwolnij", "zmień bieg", "szybciej", "nie hamuj", "pas lewy", "pas prawy", "jedynka", "gaz"... i broń Boże, nie protestuj! Jeśli jednak masz wątpliwości, patrz punkt 7.
  9. Świat bez facetów byłby straszny. Znikłyby wojny, zbrojenia, przepadłaby polityka. Ale to jeszcze nic, to jeszcze jakoś by się dało naprawić. Największy dramat, aż strach pomyśleć - zniknąłby kler.
  10. Mężczyźni są piękni, inteligentni i mili. Wszyscy. Nawet ten szalenie uprzejmy pan z czarnego BMW, który wczoraj chciał zaparkować akurat w tym samym miejscu, gdzie ja wjechałam, więc wiadomo, miał rację, że opuścił szybę i krzyknął do mnie: SPIER...J!

Podziel się
oceń
126
11

komentarze (43) | dodaj komentarz

Horoskop explicite - w poszukiwaniu lepszej gwiazdy

sobota, 10 listopada 2012 18:42

Czy Baran w żeńskiej wersji to... Owca?

--------------------------------------------------------------------------------------------

 

Baran to katastrofa astrologiczna. Międzygwiezdny kataklizm. Jeśli jest coś, co Barana zatrzyma, to tylko ostateczność, do której dąży ślepo, porzucając po drodze wszelką szansę na szczęście i spokój. Spokój zresztą mało go interesuje, spokój jest synonimem przeraźliwej nudy, której to Baran unika jak ognia. Skoro o ogniu mowa – jest to żywioł szalenie Barana frapujący, dlatego już jako dziecko podpala ukradkiem wykradzioną rodzicom zapalniczką wersalkę, firany, a późnym latem – za pomocą skonstruowanego z dezodorantu miotacza ognia – muchy.

 

Zdenerwowany Baran jest niebezpieczny jak Godzilla, a warto podkreślić, że Baran jest zdenerwowany bez przerwy. Analizując te wszystkie cechy żywię wielki żal do moich rodziców, że mnie tak lekkomyślnie poczęli, by wydać na świat właśnie w kwietniu. Każdy inny znak jest lepszy, łatwiejszy, milszy.

 

Ot, na przykład taki Byk. Wprawdzie Narcyz, zadufany w sobie, leżący na wspomnianej wyżej, spalonej wersalce przez moment nie pomyśli, żeby zdjąć wałki z głowy, choćby akurat gościł Angelinę Jolie. Będzie się za to pysznić później, że Angelina ma więcej od niego zmarszczek i głupio skrojony kostium Chanel, podczas gdy on, Byk, właśnie nabył w lumpeksie o niebo ciekawszy. On ma zresztą wszystko ciekawsze i lepsze. Ludzie są ogólnie głupi, świat zwariował, kiedyś to były czasy, hyc! – na wersalkę. Matko, już jestem zdenerwowana...

 

To może Bliźnięta? Rozszczepienie jaźni. Siedzi toto z tobą gada, uśmiecha się, niby ok., a za diabła nie wiesz, co tam sobie myśli. Twierdzi, że nie pije, a nazajutrz wali absynt z gwintu. Obiecuje cuda, nie odbiera telefonu. Niby jeden człowiek – dwie osobowości. Tajemnica, z którą z nich masz właśnie do czynienia. Dopóki sobie drugiego takiego nie dobierze – telepie się w poczuciu prenatalnego deficytu...

 

Rak. Dom – Obiadek. Kocyk. Papucie na nogach, z głośnika sącząca się muzyczka. Przeźroczysty, nieprzytomny, zamglony typ. Pękiem róż, nutą szopenowską naznaczony odwiecznie niewinny, zdziwiony romantyk, któremu wersy życia składają się na poemat ułudy, że niby on jest najmądrzejszy, najładniejszy i najciekawszy na świecie. Oczywiście to bzdura.

 

Lew? Coś jak paw. Więcej grzywy niż rozumu. Chełpliwość zastępująca kompetencje. Przypadkiem ląduje na kierowniczych stanowiskach i lawiruje przed odpowiedzialnością. Nie umie nic, lwim swędem przeciska się przez szkoły. Płeć przeciwną czaruje utartymi metodami, ślepo wierząc w moc pozorów. Dopiero zaczęłam opisywać, a już jestem zmęczona tą jego niespożytą energią lidera, bo dla lidera jest tylko jedno miejsce i to mnie denerwuje potwornie, że mógłby je zająć taki Lew.

 

Panna. Ratunku! Panna i jej bibeloty przodków w buduarze, który z pasją równą tworzeniu Piątej Symfonii odkurza codziennie puchatą szczotką z Lidla. Niedziela w kościele, sobota w pralni. Porządek przerażający. To się może wydawać zadziwiające, ale podobno jest taki kraj na świecie, w którym mieszkają same Panny. To Niemcy.

 

To może Waga? Znak idealny, zrównoważony... tylko umrzeć z nudów. Można się nie czepiać ideałów, ale prawda jest taka, że ideałów na świecie nie ma, więc cały ten etos sprawiedliwości to jedna wielka bzdura. Waga jest tak przemądrzała, jakby zjadła wszelki rozum, którego jej niestety drastycznie brakuje.

 

Ciekawy jest za to Skorpion, może nawet najciekawszy. Paraliżująca inteligencja, ambicja, czar i niewyczerpane źródło seksualnych przygód... Wspaniałomyślnie omijam kwestię mściwości, zawiści i masochistycznej wręcz zajadłości, z którą ów dźga własny odwłok trującym oszczepem tępego „ja”. Tak, Skorpion to jedyny znak na Ziemi, który gotów jest zginąć w męczarniach, sam siebie zatłuc, by przy okazji choćby drasnąć wrogów, których rzecz jasna, ma na pęczki.

 

Strzelec. Sama nie wiem, czemu nagle mam zmienić ten znak i, czemu niby miałby nim być Strzelec? Ten niedojrzały, wiecznie poszukujący chłopiec z plecakiem? Ten zakochany w sobie pozornie zabawny fircyk o przytępionym poczuciu humoru, który się kończy na gnębieniu towarzystwa nieśmiertelnym gagiem z „Chłopaki nie płaczą”? Boże, uchowaj!

 

Koziorożec. Słaniający się z niespełnionych ambicji frustrat. Obrażony na cały świat, który nie widzi tego, jaki on, Koziorożec, jest świetny, jaki mądry, stojący na ziemi mocno, realny do bólu, przeraźliwie zajęty, poukładany, nieśmieszny i NIESPONTANICZNY! Sztywniak pozorujący brak sztywności, czego efektem jest kuriozalny strój młodzika na zmęczonym ciele starca. Dramat.

 

Wodnik. Człowiek, który nigdy nie ma racji, choć oczywiście zdaje mu się, że ma ją zawsze. Gdy mu się udowodni jej brak, zapada na śmiertelne choroby i ostentacyjnie mdlejąc, wywołuje w otoczeniu poczucie winy. Właściwie diabli wiedzą, jaki jest Wodnik, bo jak zwykle pali głupa i udaje kogoś innego. Dziś idzie do zakonu, jutro podrywa zakonnice. Dziś wyznaje ci miłość, jutro odchodzi z koleżanką. Czepia się wszystkich i wszystkiego, zamęczając świat swoimi mało odkrywczymi komunałami.

 

Ryby? To jest w ogóle taki znak? To nie żart? Ten transparenty, cherlawy i wiecznie wpadający z roztargnienia pod samochód typ, to właśnie Ryby? To chyba jakaś pomyłka. Proponuję zupełnie inną nazwę dla tego znaku zodiaku: Plankton.

 

Szanowne Gwiazdy! To ja już wolę być sobą. Znów chcę być Baranem! Uwielbiam palić muchy, uwielbiam się w trzy minuty zakochać, uwielbiam to swoje rozdygotanie i nikim innym, broń Boże, nie chcę być!

------------------------------------------------------------------------

(opublikowano w BeMagazyn Slow nr7/2012)

 

 


Podziel się
oceń
65
5

komentarze (453) | dodaj komentarz

Jak się bawimy?

środa, 29 sierpnia 2012 22:58

Wyodrębnia się kilka wariantów imprez. Bywają planowane, bywają spontaniczne, jednak łączy je jedna cecha – wszystkie są do bani.

 

A tak się bawią Włosi:)

 

Pierwszy wariant to tak zwane wyjścia. Tak więc wychodzimy do lokalu, a że mamy jednak kawał drogi, nie wychodzimy wcale, tylko wyjeżdżamy. Wyjeżdżamy samochodem własnym lub tramwajem, taksówką, diabli wiedzą czym jeszcze, jednym słowem – kolebiemy się.

 

W pierwszym przypadku sytuacja jest bardzo nieciekawa. Przyjeżdżamy na miejsce, zamawiamy kolę, kawę, kolę, herbatę, sok, kolę, siedemnastą kawę, sok. Po godzinie opici jak bąki patrzymy z niesmakiem na roztańczonych znajomych i zachodzimy w głowę, co zabawnego jest w dowcipie:

- E, a znacie, przychodzi baba, ten e, facet… baba do tego… weź Fifek zamów mi browar…, baba do lekarza, a lekarz, e, słuchajcie… i dwie wódki, a lekarz… khk… Fifek, elemy lajty!

 

Wreszcie zaczynamy marzyć o samotności w domu, o zimnym Leżajsku w naszej lodówce, o sześciopaku Czterdziestolatka w naszym DVD i wannie z musującym proszkiem marki sefora, zakupionym w esemesowej promocji. Niestety, nasze wyjście po angielsku w ogóle się nie sprawdza, znajomi wszczynają raban, ALE TO ZE MNĄ SIĘ NIE NAPIJESZ?!

 

Innym razem jedziemy taksówką, tramwajem, autobusem, marzniemy, buty nam mokną, wreszcie dobijamy na miejsce, zamawiamy duży browar, szast prast, drugi, trzeci, przychodzi wreszcie półtora znajomego i oznajmia z miejsca, że dziś sorry, pić nie może. Język nam się plącze, przed oczami ciemno, do domu daleko, wizja powrotu mroczna, taksówka pół bańki, tramwaj ma awarię, w ogóle jest nam niedobrze.

 

Zapraszamy więc gości. W domu niby bezpiecznie, leżanka, sofa, lodówka, apteczka. I kuchnia. I dwie godziny przy garach. I trzy godziny z mopem. Padamy na twarz, wchodzą goście. Oczywiście z winem, bez wódki. My mamy na wino alergię, oni chyba też. Lecimy więc do nocnego, w portfelu już wieje, w lodówce już echo, a my wciąż się staramy, a my jeszcze wierzymy. Nastawiamy zbieraną przez miesiąc składankę fankową, goście z miejsca przywierają do odtwarzacza i zmieniają na KULT. Wypijamy dwa piwa, dostajemy migreny, chce nam się spać, niestety, są goście. Do rana. Późnego.

 

Jest jeszcze inna wersja, odwrotna. Nas zapraszają. Nas zapraszają rzadko, prawie nigdy. Jedziemy więc do znajomych, kupujemy flaszkę, Johnie Walkera, może jakieś kwiaty, nie wiem, nie znam się, nie mam doświadczenia, ale mam dobre chęci, tak więc przychodzimy cali mili, a tu od progu rozkaz, rozporządzenie takie, żeby buty zdjąć. I w skarpetkach poginać! Z Johnie Walkerem w skarpetkach, dżisas…

 

Spotkania ze znajomymi mogą być też spontaniczne. Spontanicznie napotkanego radzę ignorować, odwracać głowę, patrzeć na wróble. Broń Boże: zaczepiać. Raz zaczepiony snuje się jak cień, opowiada o dzieciach, o stryjku i wujku, o strzykaniu w kolanie, o racie na auto, o chlorowaniu basenu, o nawozach do tuj. Pokazuje zdjęcia w komórce, wyciąga na kawę. Kawa ze spontanicznie napotkanym znajomym nigdy się nie kończy, kosztuje fortunę, w dodatku naszą. Słowem - koszmar.

 

A w ogóle to się lepiej z nikim nie spotykać, życie to czarno-biały film, w którym białe klatki to siwy dym, a czarne – gęsty sen, dwie fazy naprzemienne: ciężkiej pracy z nadgodzinami oraz stuporu przed telewizorem, Facebookiem, gadu gadu.

W tym układzie nie ma szans na pitolenie o Szopenie, na wódkę w parku, śniadanie na trawie, kawki w kawiarenkach. Lepiej zostać w domu.

 

A Włosi niech się bawią...


Podziel się
oceń
35
1

komentarze (25) | dodaj komentarz

Gdy waga okoniem staje

niedziela, 27 maja 2012 15:34

Aerobic? Jogging? Step? Daj spokój. Bierz wędkę i idź na ryby.

nie wiem jak Wy...

 Pamiętacie film z Tomem Hanksem, pt. „Cast Away”? Pozornie aktywny facet z brzuszkiem ląduje na wyspie bezludnej. Nie umie złowić tuńczyka, nie wie jak wzniecić ogień. Najprostsze dla każdego niepiśmiennego dziecka z plemienia Mohave czynności, zajmują mu tydzień. W desperacji pożera więc surowe kraby i lata nieporadnie z oszczepem w pogoni za rybą. Mija rok. Na naszym Robinsonie nie ma śladu po brzuszku, a sflaczałe ramiona zastępuje mu rzeźba imponujących bicepsów. A przecież na wyspie nie było siłowni.

...ale ja widzę podobieństwo

Dlaczego o tym piszę? Szukałam sposobu na fitness. I zdaje się, że go znalazłam. Otóż nie będę polecać żadnego joggingu. Żadnego znoju na sali. Pilates i spinning to przeszłość. Step to głupota. Rower? Szkoda czasu. Chyba że jako środek transportu. Poza tym – żadnego marnowania energii, spalania kalorii bez sensu. Żeby schudnąć, wystarczy po prostu nie kupować gotowych produktów żywnościowych. Samemu je zrobić. A najlepiej – upolować.

 

Kilka dni temu kupiłam rybę. Taką z połowu, z jeziora. Kawał okonia, z flakami i głową. Razem dwa kilo żywego mięsa. Do obróbki kulinarnej w wykonaniu własnym. Jak na obozie harcerskim. I prawie jak na bezludnej wyspie. Płacąc rybakowi, pojęcia nie miałam, na co się narażam. Jaką się wykazuję brawurą. Ryba jak ryba. Podobno zdrowa. Przyjdę do domu, obetnę łeb, zeskrobię łuski, usmażę i zjem. Żadna fizyka jądrowa. Chyba każdy głupi wie, jak przygotować okonia?

 

Najpierw z tym łbem – dwa kwadranse walczyłam. Nie dość że toto patrzy, nie dość że się wyślizguje, to jeszcze kaleczy. Okoń kaleczy! Ma łuski ostre jak brzytwa. I te płetwy sztylety! Ręce mam we krwi, a ta bestia nic. Patrzy! Ja ci dam, myślę, ja ci jeszcze pokaże. Biorę nóż, rozcinam. Ale własne palce.

 

Wreszcie, trach, pęka powłoka ze stali, ale nie w karku, przeciwnie, wzdłuż brzucha. A z niego wypada  jakaś plazma z milionem jajeczek różowych, dżisas! Co to ?! Ósmy pasażer Nostromo?! Obcy?!  Ja w krzyk, ryba patrzy. Słabo mi, nie mogę. Coś mi mówi, że właśnie dokonałam aborcji. Pół kuchni wypełnia mi jakiś organizm. Nie wiem, lecę do komputera, guglam, taguję:

 

„Różowe świństwo, ryba, jaja, okoń”

 

Spośród niecenzuralnych odpowiedzi i stron od lat osiemnastu, znajduję wreszcie coś na temat rybich godów i rarytasu o nazwie: „kawior”. A więc moje obawy się potwierdzają. Przez kolejny kwadrans przyglądam się „największemu przysmakowi na świecie” w moim zlewie, po czym zachęcam do współpracy kota i wywalam całe towarzystwo do ogródka.

 

Okoń zostaje. Już nie ma dzieci, nie ma też głowy (ju - hu!). Ale ma łuski. Walka więc trwa. Walka nierówna. Okoń wygrywa, ja nie mam już siły. Znów Google. Piszą, że trudna sprawa. Tyle to ja wiem. O, jest film instruktażowy! Kocham Internet. Ale zaraz, zaraz… nikt łusek z okonia nie skrobie! Ściągają mu skórę! Nic prostszego. Nacinają za skrzelami i ciągną. Trzymając za… łeb.

 

Łeb owszem jest, ale w moim kocie. Guglam dalej. Odpowiedzi są zgodne: „masz przerąbane”. Rozumiem już Hanksa. Tego z początku filmu. Oj tak, dużo nas łączy. A najbardziej: brzuszek.

 

Patrzę na zegarek, mijają godziny. Od dłuższego czasu nic się nie liczy. Ja i moja ryba jesteśmy na bezludnej wyspie. Walczymy ze sobą. Wierzę, że kiedyś zwyciężę. Dam radę. To nic, że przedtem stracę sześć tysięcy kalorii, cały zapas magnezu i dwa litry krwi. Kiedyś ją zjem.

 

Mój okoń ląduje na patelni przed północą. Patrzę bez złości, jak kurczy się w oleju mój wielogodzinny znój. Cztery kilkucentymetrowe dzwonka kpią ze mnie na talerzu. A ja, połknąwszy je bez sytości, zadaję sobie pytanie:

 

- A jak bym musiała go złowić?

 

-------------------------------------------------------------------------------

Magazyn BE nr 2/2012



Podziel się
oceń
34
3

komentarze (27) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  400 052